Droga z Brazlii na Cabo Vede

Po 56 dniach samotnej żeglugi z Fernando de Noronha – 12 listopada ,zacumowałem w zatoce Tarrafal na wyspie Sao Antao w archipelagu wysp Zielonego Przylądka.

18 listopada obłożyłem cumy w marinie Mindelo na wyspie Sao Vicente.

Co działo się podczas rejsu ?

Poniżej przedstawiam kompilację wpisów z dziennika jachtowego .

 

Dzień 1

O 0520 oddałem cumę z boi kotwicznej na Fernando De Noronha ,tym samym rozpoczynając swój pierwszy samotny rejs. Ania z Jarkiem zostają parę dni by zwiedzić wyspę, a następnie mają wracać do Polski.

Ani dziękuję za ponad 8 miesięcy wspaniałej wspólnej żeglugi i towarzystwa, oraz za to że w ogromnej mierze przyczyniła się do tego, ż jesesmy z Polonusem coraz bliżej Polski. Była wspaniałą załogantką, kompanką,dobra żeglarka ,a jak chcecie wiedzieć czego i ile kupić na 40 dniowy rejs ,na pewno zna odpowiedź. Mam wrażenie, że jeszcze nie raz będe musial do niej zadzwonić z pytaniem gdzie są np dodatkowe czekolady na czarną godzine .

Dziekuje Aniu.

Jarek choć plyął z nami krótko bo tylko z Rio, okazał sie osobą ,która momentalnie zaskoczyła na jachcie, choć to był jego pierwszy rejs.

Tak wiec okoliczności sprawiły, że miałem do wyboru siedzieć na FdN czekając na załogę, wracać sam do Natal 200mil, lub płynć do kolejnego celu podróży czyli Wysp Zielonego Przylądka .

W Brazyli nasiedziałem się już zdecydowanie za długo, wiec zamiast kontynuować kolejne wakacje, skorzystałem z opcji skoku przez Ocean sam jak palec. Czy sie uda, czy nie zawrócę? Wszak nie mam autopilota, lub nawet samosteru? Mam nadzieje ze nie ,i uda mi sie szczęśliwie i w dobrej kondycji – mam też na myśli kondycję Polonusa dopłynać do kolejnego celu na mojej drodze.

Tak wiec rano obfite śniadanie -omlet z 3 jajek i kubek kakao, w myśl zasady ,by najeść się póki można, bo następny posiłek nie wiadomo kiedy.

Jest 1400.

Od 2 godz. próbowałem spać, ale mi sie nie udało ,więc przygotuję jedzenie ,napoje i uciekam na kolejne 8 godz .za ster. Jak będzie dalej zobaczymy, być może układ moich wacht ulegnie zmianie, ale coś musiałem założyć, by nie było tak, że steruję póki nie padnę na pysk, a później ze zmęczenia idę sobie stracić przytomność. Cały czas prędkość pow.4-5knt na zarefowanej genule. Jak szedłem spać zwinąłem ją jeszcze bardziej, zablokowałem ster na nawietrznej, tak że jacht z prędkością 1knt posuwa sie w miarę we właściwym kierunku. Z rozwinietą genuą nie ma szans by zostawić go samego. Wierzga,skacze i chce robić zwroty.

Acha, zaczynam dostrzegać pierwsze minusy płynięcia samemu- nie ma w kogo rzucić celnym tekstem, by domknął szafkę w kambuzie bo drzwiczki pukają. :-)

Także trzymajcie kciuki by nam sie udało to wspólne z Polonusem żeglowanie.

Dzien 2

0015

Właśnie dzwonił budzik ,ale ja i tak już nie śpie od 2230- chyba. Położyłem sie o 2130 po wykonaniu paru standardowych czynności po wachcie. O 1930 wstałem na chwilę rozejrzeć się na zewnątrz i wróciłem spać. Wydaje mi się że nie zmrużyłem już oczu, natomiast czuję się całkiem dobrze ,więc stąd wątpliwości czy na pewno nie spałem.

Kolejne podejrzenia mam co do działania telefonu satelitarnego .Odnoszę wrażenie ,że chyba nie wychodzą ode mnie wszystkie sms ,oraz że nie wszystko przychodzi. I to niestety nie pierwszy raz. Ciekawe jak się zapatruja na złożone reklamacje. (ZESPÓŁ BRZEGOWY – DO ROBOTY Z TYM :-)

Niestety jak ja śpię lub udaję, to przy tych warunkach to samo robi Pooonus, więc przez 3 godziny przepływa 3mile. I tak się cieszę, że się nie cofa. Mogłoby zawsze być gorzej.

Dobra, dość gadania, idę robić jedzenie, kawę, biorę coś na ząb i za ster, by nadrobić stracone mile.

0840

Śniadanie zjedzone.niestety mięso poszło za burte i opchnałem w zastępstwie płatki. Jacht płynie w końcu sam z normalną (czytaj pow.4knt) prędkością. Robię notatki, wstawię jakiś obiad a później spróbuję usnąć. Słucham audiobooka Leonida Teligi „Opty” i musze przyznać, iż pomimo tego ,że odtwarzam go chyba po raz piąty, inne rzeczy przykuwają moją uwagę. Widzę też wiele podobieństw w myślach, choćby ostatni cytat „czy powinienem sam wypływać na Ocean bez żadnego wcześniejszego treningu??”. Wczoraj nagrałem ponad dwie godziny materiału audio ,który mam nadzieję kiedyś przelać na papier, natomiast nie wiem czy będzie nadawał się do publikacji. To jakieś głębokie wynurzenia ,coś jak początek oczyszczania tego co w głowie :-). Poważnie :-)

1210

O 0900 skończyłem wachtę. Ugotowalem część warzyw na obiad i chciałem spać. Niestety organizm nie chciał oddać się w objęcia Morfeusza. Tak więc wstałem ,ubrałem suchą koszulkę ,bo słońce praży niesamowicie. Dodatkowo nie mogę znaleźć żadnego kremu, bo ja przecież nie używam ,a załoga jak ma, to czasem da nasmarować nosa. Ale że załoga to tylko ja więc kremu brak. Nieprzygotowany. Tak więc sucha koszulka na plecy, kamizelka, szelki i patrzę a tu poluzowała się kotwica główna i zaraz będzie próbowała wraz z falą wskoczyć na pokład. Więc nieroztropnie poszedłem ją przymocować. Efekt jest taki ,że wszysko co na mnie jest mokre. Tak to fale nie wchodziły ale, jak docisnąłem dziób do wody to przyszły trzy :-) Skończę robić obiad, zjem sam i z powrotem próba spania, bo na razie bilans jest fatalny. Od wczoraj od 0430 rano spałem 2.5 h. Ale ja juz wiem czemu.

1711

Posłuchałem dalej Teligi o rejsie Opty. Przy zdejmowaniu banderki Brazyli spod salingu, po prostu oderwała się jej dolna część i góra smętnie dynda na rolce pod salingiem. Albo jakimś cudem wyplącze się, albo trzeba wejść na górę by ją zdjąć. Dołożyłem do bilansu spania całe pół godziny od 1300. Zjadlem jakąś warzywną sałatkę, bo na nic wiecęj nie miałem ochoty. I po ostatnim etapie, nie mogę patrzeć na słodycze. Poniewaz Poldek dużo jechal samosterownie, przewietrzyłem i posprzątałem swoją kabinę , ale oczywiście na sam koniec przez otwarty luk wlazła fala, która standardowo zalała koję na lewej burcie. Więc znowu suszy się materac. Reszta na szczęście już była pochowana na swoje miejsca. Jutro chcę naprawić fał od bezana i przebrać warzywa na dziobowych kojach. A teraz spróbuję pospać.

Dzien 3

0820

Slonce stoi wysoko na niebie i prazy niemilosiernie. Wiatr 2B, ale wspomagam sie silnikiem przy okazji ladujac akumulatory. Polozylem sie wczoraj o 18 i w roznyc konfiguracjach do 0300 rano przespalem 5 godzin. Srednio budzilem sie co godzine, poltorej, sprawdzalem czy wszysko ok, poprawialem zagle ,cos podjadlem i szedlem dalej spac.Raz obudzilo mnie przerzucenie genuy na druga stron ze zwrotem przez rufe. Ale to jakby przez sen czulem jak jacht przechyla sie na druga strone i drugi raz swist w takielunku, ktory oznajmial szkwal. Wiatromierz pokazywal 26knt. Ze tez on sie wlacza czesto powyzej 18knt.. Dzis dziwne nierozpoznane odglosy wnetrza ustaly, jakby pozwalajac mi spac.

1100

Wiatru jak na lekarstwo.wieje cale 2B z SE.. Poldek sam idzie tylko w polwietrze, wiec kurs 050-060, zawrotne 2 knt, a ja robie obiad. Godzine temu mielismy bliskie spotkanie z Cargo MSC Amalfi, to tak apropos tego’ ze ciezko prawie na srodku Oceanu zderzyc sie ze statkiem. Jacht sie wietrzy, po obiedzie dalsze porzadki. W tak zwanym miedzyczasie naprawilem rozerwany fal bezan zagla.

1715

Dzis marny dzień jeśli chodzi o wiatr. Przed chwilą małe oberwanie chmury, zapowiadane odkrętkami wiatru od S do E. Za krótko bym się zdążył wykąpać, choć szampon, mydło i odżywka czekają w kokpicie ;-)

Dziś z kawałka bambusa zrobiłem uchwyt na wędkę. Najpierw pomyślałem, że nie ma sensu łowić skoro znów mam wyciągnąć 10kg stwora. Sam nie zjem a zabić by połowę albo i więcej wyrzucić to się nie godzi. Ale jeśli zapolować na coś co zje małego kalmara? Może jakaś np. 3 kg.ryba? Czemu nie.

Dopompowałem ponton,bo znów schodzi powietrze. Większość czasu przesiedziałem za sterem, by chwytać jak najbardziej te delikatne powiewy wiatru. Nie śpię już od 0300, więc pewnie zejście pod nagrzany pokład i spałaszowanie miski sałatki, pomogą mi zasnąć. Jak na razie spokojnie zostawiam Poldka z pełną genuą i uwiązanym sterem. Wiatr, prawie trójka, jednak znów rośnie fala.Półwiatrem 3 knt.

Acha….banderkę Brazylii trzeba zdjąć. Nie nie zdążyłem jeszcze wymyślić patentu jak samemu wejść na maszt :-)

Dzień 4

21 września, czwartek, 0050

Przedwczoraj 7, wczoraj 8 godzin snu ! Oczywiście z przerwami, rozłożonego w czasie, ale nie zmienia to faktu, że jestem wyspany i z ochotą wyskoczyłem z koi na wachtę. Robi się kawa, jakiś cukierek też jeszcze się znalazł i idę za ster. Poldek trochę zjechał z kursu o jakieś 10 stopni, ale czy to ma jakikolwiek sens, patrząc na fakt, iż mogłem pospać? Co prawda, ostatni sen był nieco katastroficzny. Często śnią mi się katastrofy lotnicze, jednak ta w Moskwie była na ogromną skalę. Na pasku ponad 1400 ofiar jak na razie i liczba rośnie. Dobrze, że zdążyłem otworzyć oczy :-).

0520

Jedziemy niecałe 3knt. Wiatr słaby i dodatkowo nie pomaga nam prąd południowo równikowy. Ale nie ma co narzekać. Wypiłem kawę, próbowałem do niej jakiś znalezionych ciasteczek, ale okazały się słone więc poleciały dla rybek. Wywaliłem prawie wszystkie ziemniaki, marchew i buraki. Masakra jak to sie szybko popsuło. Wymyłem półki, podłogę w jachcie i wracam za ster, bo tu chłodniej.

1000

Dziś z wiatrem kiepsko, ale absolutnie to nie psuje mi humoru :-). Wieje dwójeczka i tak naprawdę to osiągam zawrotne 2 węzły. Zarzuciłem małą wędkę , może coś się złapie na obiad. W ogóe nie mam ochoty na nic ciepłego do jedzenia. Jak pomyślę o tym, że miałbym coś tam smażyć to słabo. Ale z drugiej strony po porządkowaniu warzyw, odłożyłem ostatnią zdrową kapustę, więc może bigos?

Mimo tak wczesnej pory, słońce operuje w zenicie.muszę chyba się lekko schować by nie spalić zanadto miejsc dotychczas nie opalanych :-) Korci mnie, by wejść do wody i się wykąpać. Temperatura wody 26°C, powietrza 38°C .

A w głowie galimatias, wszak ostatnio sobie uświadomiłem, że w następnym roku mam okrągłe urodziny, a cały czas jakoś daleko do tego mi się wydawało. Więc intensywny proces myślowo, egzystencjalny trwa, naprzemian z głośnym śpiewaniem :-) I nikt mi tu nie powie, że słabo mi to wychodzi, zresztą i tak by to niczego nie zmieniło, co najwyżej śpiewałbym troszkę ciszej!

2330

Trzy i pół szklanki wybiło, ale kogo tu budzić? Sam spałem chyba ponad 4 godziny z przerwami oczywiście. Bigos zrobiony, i to chyba on mnie tak ululał do snu. Poprawiłem ustawienie żagli, by bardziej bujać się we właściwym w miarę kierunku. 2 statki na AIS przejdą ode mnie 7 i 12 mil. Ciekawe czy mają fajki? :-)

List napisany, szampan gotowy, ale do równika jeszcze 60 mil. Musi w końcu zacząć wiać.

 Dzień 5,

22 września, piątek, 0420

Dzień dobry – nikt nie odpowiada, czyli w sumie się nic nie zmieniło.

Cofnęliśmy się lekko, ale po śniadaniu, na które dijadam wczorajszy bigos ( już widzę miny co poniektórych :-) ), spróbuję odrabiać ten dystans. Dziś w jednym ze snów poskromiłem bardzo złego psa. Czy to znaczy, że dziś równik?

Dobrze, że brak wiatru spożytkowałem na spanie. Łącznie od wczoraj wieczorem to 9 godzin. Czyli w nastroju : gotowy do działania !

1320

Branie jak ta lala. Ale zżarło coś przynętę- co na obiad? macie jakiś pomysł?

Jedna wiadomosc a czyni cuda. Obudziło mnie to,ŻE prawie wypadłem z koi. Jak to??

Dzień 29 września – równik dawno za nami ,ale nie o tym

Wszystko jest ok, dziś opierniczyłem tortille z burito i 12 naleśników, wycodząc z założenia, że najadać można się na zapas a wyspać nie. Więc wczoraj próbowałem odespać ale też się nie udało i wyszły tylko 2 godziny.ale dziś już w koi a raczej pod zejściówką, bo gorąco tak, że nie wiedziałem ,iż pot jest tak mokry.

Ja otym,że sny mogą być prorocze, choć niestey w niektórych przypadkac są a niektórych nie. Spotkał z Was ktoś syrenę z bajki o Sinbadzie żeglarzu? A ja ją słyszałem, ale jeszcze nie widziałem w tym rejsie.

Generalnie, że żeglarstwo bardzo niebezpieczną dyscypliną wiemy i mam to nawet na papierze gdzieś z sądu. Mało tego samo codzenie po jachcie a konkretnie po maszcie, może również, choć nie musi mieć katastrofalne skutki. Pisałem o banderce-zerwanej, postrzępionej i dyndała tak, ze po postawieniu grota, na pewno w momencie jego spuszczania weszłaby w likszparę i zablokowała go. Wiadomo -prawo Marfyego czy innego Faradaya. Więc wykonując prosty patent w formie pętli na buty, po napiętej linie od grota wchodzę sobie, wszak nie buja i pod saling pierwszy jest jakieś metrów kilka. Wchodzę tak dość spokojnie, żałując że nie wziąłem GOPRO bo widoki zajebiaszcze asekurując się rękoma padunów i samego masztu. No, ale że głąb ze mnie strasznie wysokich lotów w pewnej chwili już w górze, stwierdzam, że za cienkie mam te linki od pętli, a fał stalowy podrdzewiały i może nawet ma gdzieś wszy. Pewnie, że miał. Jedna linka przecięta spowodowała, że moja noga akurat oczywiście w chwili, gdy druga była już w górze lekko się osunęłapod całym moim nieskromnym ciężarem a w mojej głowi pojawiło się – UPS. Rączki want nie utrzymały bo te akurat były dość szeroko i wyglądałem jak ten jakiś słynny gośc w pozie w kształcie krzyża, więc zdejmując mi z nich skurę pozwoliły dość niespiesznie aczkolwiek gwałtownie pozwolić upaść na liny z bębnami na pokład. Nie wiem co się później działo, ale byłem nieprzytomny, tudzież w zeznaniach niektórych półprzytomny przez 2 dni. Tak zauważyłem po wpisie w dzienniku. Oczywiście nie było tam – Nieprzytomny – dzień 1 i Nieprzytomny – dzień 2. Najgorsze było to, że jedna z tych nieszczęsnyc linek wisi na fale grota !! Ale tak czy owak, doszły mnie śłuchy a nawet przerażone telefony znajomych, że została wszczęta jakaś akcja. Pierwsza osoba, która zadzwoniła usłyszała ode mnie „ale o co chodzi-jaka akcja” dopiero po paru chwilach zacząłem kojarzyć fakty, i że w sumie dość mocno być głodny po tym upadku. Generalnie oprócz stłuczonego barku, pleców i jakiś otarć nic mi nie jest.

Niemniej dziękuję osobom, które nie mając ode mnie kontaktu kilka dni podjęły takie działania, wszak to mogło się skończyć dużo tragiczniej. To ważne zwłaszcza w żegludze samotnej. Natomiast następnym razem, proszę wysyłając lotniskowiec i SAR poprosić o fajki i tą jakąś (może nie taką znowu jakąś) tą syrenkę, tylko z nogami.

*opis jest może odrobinę humorystyczny, ale specjalnie nie wstawiałem uśmieszków ,ponieważ w innej czcionce mogłyby smienić się w trupie czaszki.

!! Dziękuję wszyskim, którzy się wtedy zaangażowały i tym dzięki którym tu jestem. To dla mnie bardzo ważna samotna podróż na drodze mojego życia, nie tylko z uwagi, na to iż lubię pływać !!

Aha, od wczoraj słyszę głosy na jachcie i śpiewy jakieś modlitewne. Teraz na dziobie. Idę zobaczyć kto to. Też tak macie?

 

30 września – bliżej Afryka, niż Ameryka

Sukcesy to odpalone w końcu ładowanie 12V. Wymieniona spalona dioda i „ożywione ” na nowo szczotki. Na razie działa ,ale szczotki muszę dokupić i najlepiej też drugi alternator na zapas. Jak na razie na dziś 60 mil przebiegu. Zobaczymy ile wykręci sam Poldek, bo ja już w koi. Całkiem nieźle jak na słabe wiatry i w sumie sterowanie przez 14 godzin. Teraz znowu siadło do całego 1B. Włączłem AIS bo już zaczęły się pojawiać ciężarówki. Pierwsze 3 od kilku dni w zasięgu wzroku. Alarmy ustawione, mm nadzieję na spokojny, niczym nie zmącony sen. Pewnie jak zwykle kilka pobudek, ale w sumie się wysypiam. Wstaję praktycznie (chyba że nie sypiam ) około 0400 i po porannych ćwiczeniach typu prognoza, email, przygotowanie kawy, śniadania i czasem obiadu, o 0600 siedzę kokpicie. Czasem jakieś drobne naprawy. Generalnie porcje mięsne są za duże i część niestety trafia za burtę. Nienawidzę wyrzucać jedzenia, ale może choć rybki korzystają. Apropos rybek, jak na razie po złowieniu ok.10kg Dorady czy tam Koryfeny spokój, ale tylko dwie próby poczynione. Jak dziś próbowałem zarzucić wędkę to tak była poplątana, poskręcana żyłka, że stwierdziłem, iż to jakiś znak by nie łowić. Wyplątałem więc z 30m i wywaliłem do kosza. Robię listę żywności, którą zjadam, ciekawe czy na dobę wyjdzie z 3 dolary. Wody piję od 3-6 litrów, a po osttnich skurczach dodatkowo magnez i jest spokój. Tylko te tysiące myśli w głowie mnie przegania. Acha – dziś zjadłem w końcu pierwsze słodycze. Tylko jabłek mi chyba braknie do Cabo Verde. Modlitwy ustały, ale projekcje po zamknięciu oczu przed pierwszym snem, nadal bardzo realistyczne. Ooo idę, bo znów ktoś mnie woła.

31 września – tfu 1 października

Zasugerowany przez pewną damę, że leci w poniedziałek 1 października ,właśnie dziś w dzienniku jak wstałem rano wpisałem datę 31 września. Później nagrywając coś GOPRO, patrzę data 1.10. Zdurniałem. Schodzę na dół sprawdzam w kompie i tablecie i faktycznie się potwierdziło. Przypomniała mi się od razu sytuacja z jednego z rejsów, jak z tego samego powodu,czyli pomyłkinw datach, dwukrotnie obchodziliśmy urodziny Emili. Dziś wstałem o 0430. Różowy kubek herbata, Contigo kawa, później ryż, warzywa z sosami w dwa pódełka na drugie śniadanie, obiad, 2 wody z sokami, jabłka, jakieś ciastka i siedzę w kokpicie. Prognoz nie było, bo od piątku irydium milczy. Na ich temat, urządzenia Irydium Go, i zasięgu napiszę osobno bo to historia warta opowiedzenia w formie oceny i opini. Więc jak usiadłem już o 0600 to zszedłem o 1800. Po drodze była trójeczka, ale z wredną falą, totalna śpiączka wiatru, lecz Ocean tylko drzemał, 2 ulewy, które drugi raz w ciągu trzech dni pozwoliły mi się wykąpać. Z tym wyjątkiem, że dziś tylko w słodkiej wodzie, szkwały powyżej 25 knt. Tak apropos prognoz. Generalnie osłonę meteo, prowadzi mi Michał Brennek – geographica.pl. Jednakże przez te 3 dni w zastępstwie dostaję info wg windytv. I to jest dramat. Sprawdzalność tu na tym obszarze minimalna w tym okresie. Nie polecam absolutnie.

Wracając jednak do meritum. Siedzę sobie, silnik tyrka, bo wiatru brak i nagle słyszę znajome tłumienie jego odgłosu. Ponieważ na ten dźwięk od powrotu z Antarktyki mam jedno skojarzenie, stawiam gienię, gaszę Krabusia i zaglądam do odstojnika. To co widzę to smoła, tylko że w postaci płynnej. Ot i całe brazylijskie paliwo, do którego od razu miałem podejrzenia znuwagi na czerwony, lub żółty kolor, oraz przypominający ocet zapach. Więc pierwsze czyszczenie za nami, silnik chodzi, mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk. Przy okazji wymieniłem uszczelki pod odstojnikiem i filtrach i jedziemy, a teraz w sumie Poldek stara się jechać dalej. Dziś wywołały mnie dwa statki, pod pretekstem sprawdzania radia. Pierwszy raz coś takiego mnie się zdarzyło. Spotkaliście się z tym? Dziś po raz trzeci wracam do lektury Thoreau. Poprzednie dwa razy musiałem zestopować bo zbyt filozoficzn i egzystencjonalna była jak dla mnie. Zobaczymy jak będzie w tych okolicznościach. Jutro spróbuję na coś zapolować i jak się uda, oraz będą takie warunki, w sensie chwili ciszy jak dziś – odpalam grilla!

 

3 październik, czy października?

Wczoraj śpiący byłem i zaprzestałem pisania relacji, bo nic takiego się nie działo. I jak się położyłem chyba około 2100 ,tak do 0300 przespałem z godzinę łącznie. Statek za statkiem, a jak już się alarm włączył to godzina z głowy i wmesie siedzenie, wraz z obserwacją statków. Ale nie narzekam i tak źle nie jes. Ciepło to i człowiek kości wyjdzie rozprostować. Brakuje tylko fajek, to w ogóle mógłbym tam na górze siedzieć i na te statki sobie pykając ćmoka czekać.

Więc wstałem o 0600, a że wszyko miałem zrobione więc tylko wrzątek i na górę.

Dziś znów masa kolorów wody. Nie było co prawda takiego amarantu ( ba znam ten wyraz), jak mieliśmy na Banco Besnard koło Brazylii, ale wiele inny od jasnego do ciemnego. Wędka została we własnoręczne zrobionym bambusowym uchwycie – jeść miałem co. Od rana godzina wiatru, później silnik5,5 godziny a następnie znów wiatr, odwracający napołudnie i ostatecznietam jakna razie pozostał. Tak więpowoli, ale do przodu i jak w pojedynkę to jak na razie 50 mil na dobę w strefie ciszy to uważam wstydu nie ma. Fakt, że jak wszedłem za ster po tej 0600 to dopiero przed chwilą – 2030 zlazłem, ale źle nie było. Przydałaby się co prawda jeszcze jedna osoba,bo jak oderwać się niema jak, to człowieka aż głowa odkłębowiska myśli boli. Dobrze, że można pogadać z dyktafonem. Będzie zapisków z tego co nie miara. Pozdrawiam serdecznie Anię, która dziś chyba miała bolesne zderzenie z codziennością. Aniu, nie martw się, odczytaj emaila, będzie dobrze :-).

Idę spać, jak scenariusz dwudniowy się powtórzy, to spróbujemy powozić od 0300. Powinien być wiatr, jak to często przed wschodem słońca. Może dziś i statków będzie mniej?   Aha, dziś przecinał nam drogę kuter rybacki !!! 800 mil od lądu. Wołałem, ale nikt nie odpowiadał. Może kradziony? :-)

 

04 październik -strefa ciszy ?

Od 3 dni słyszę, że jestem w strefie ciszy, rozległej ,aż do 10N !

Dość bzdur. Wczoraj regularna 3B, dziś regularne 3B, z 3 godzinnym wietrzeniem o wietrze 7B z SSW do S !!! Ja się pytam i do prognoz wyganiam, o co chodzi? Oczywiście w chwili refowania zacina się rolka rolera, więc ref z krzyża i po kolana na zawietrznym półpokładzie w wodzie rozkręcam ustrojstwo jednocześnie próbując wyjąć zakleszczoną linę tak by jej nie uszkodzić i nie pogubić narzędzi. I tak po 2 godzinach znów wszystko działa, ale rolka nadaje się do miany ,bo policzki już są poluzowane. Co dziś się działo więcej?

W dzienniku zapisane wielkimi literami 100 LAT KUBUSIU!!

Oczywiście ojciec dzwonił, ale urwis zabiegany, więc po 3 próbie poszedł życzeniowy sms. I tak z teo powodu cały dzień upłynął na pozytywnych wspomnieniach, w pozytywnym nastroju i samymi pozytywnymi myślami. Nawet nie wkurzył mnie ten wiaterek, trochę do tej strefy ciszy nie pasujący, a cóż tam – niech mu będzie. Wpływu żadnego człek na naurę nie ma, to po co się denerwować, że koledzy przeoczyli.

 

12 październik

Pośmiałem się ze strefy ciszy to ją mam. Ale by nie było kolejnej technicznej bezbarwnej relacji, o tym jak to wszystko przy bezwietrznej pogodzie na fali napie…, jak buja i w głowie wszystko się miesza, jak naprawiałem ster a potem znów klnąłem na czym świat stoi (uświadamiając sobie jaki ten język jest barwny) brazylijskich petrowłaścicieli, jak bujanie spać nie daje, dziś będzie coś bardziej barwnego.

Tak więc leżę właśnie proszę Państwa w nowej koi, mieszczącej się na przedostatnim pokładzie Polonusa, czyli w kokpicie pomiędzy ławeczkami zaraz przy zejściówce, mając pod ręką ster i na widoku wszystkie urządzenia nawigacyjne, oraz nawet ukf pod ręką, gdyby tu na tym pustkowiu nagle chciał ktoś sobie pogadać.

Zjadłem przepyszną kolację, która spełni rôwnież rolę jutrzejszego śniadania i może obiadu jeśli już nie będzie wychodzić z garnka. Był to zacny kurczak z groszkiem,pieczarkami, cebulką, czosnkiem, zalany wyśmienitym sosem szparagowym, pamiętającym jeszcze jak leżał w koszyku w Puerto Williams ( sos, nie kurczak ), wraz z makaronem (Peene, pene, penne???) – dobra rurkami .Do tego popijałem szklaneczkę zacnego białego wina marki Tang – czyli oranżadki w proszku o smaku białego winogrona, wprost z portugalskich winnic. Na deser kompot malinowy, przygotowany na bazie brazylijskiego dżemu, który z racji zawartości cukru tylko do tego się nadaje. Do kolacji przyświecały mi gwiazdy a w głośnikach leciało jakieś fajne country.

Wczoraj zafascynowany byłem życiem morskim, które w końcu ujawniło się w pełnej formie, fascynując mnie absolutnie przez cały dzień. Skaczące ryby, polujące ptaki, ryby piloty, jakieś walenie, delfiny ,skaczące ryby w kształcie węgorzy i oczywiście spektakle uciekających przed drapieżnikami ryb latającyh. Jedna rzecz zafascynowała mnie najbardziej, a może jedna z wielu, bo tak jak myślę, to chyba nigdy nie siedziałem 10 godzin za sterem z tak zafascynowaną facjatą.

Akcja – nagle całe stadko, ławica ryb latających wyskakuje z wody, a za nią jakieś błękitno-niebieskie większe ryby, które najwyraźniej je goniły. W momencie gdy ryby latające, przeskakują po kilkanaście metrów ponad falami, macając ogony w wodzie by nabrać prędkości-w tym samym czasie z góry spada na nie krążący od dawna ptak (nie znam nazwy-muszę sprawdzić ) i wydziera jedną latającą ofiarę pyskiem a kolejną szponkami !!!

Wyglądało to jak naturalne naganianie ofiary dla myśliwego!!! Szok. Piwerwszy raz coś takiego widziałem.

Dodatkowo przy samej burcie jachtu wczoraj jak i dziś, krążyły przepiękne dorady, koryfeny i tuńczyki. Całe ławice, jakby baraszkujące z jachtem – niczym delfiny. Nie chciałem łowić, bo miałem już przygotowany obiad, poza tym w blasku słońca i pod taflą nie zmąconej nawet strzępkiem podmuchu, atramentowej wody prezentowały się przecudnie. Zrobiłem parę zdjęć, ale one oczywiście nie oddają tych pięknych spektakli, których nie jesteśmy w stanie obejrzeć w żadnym innym miejscu niż Ocean i za żadne pieniądze. Poza tym są to rzeczy, których nikt nigdy nie jest nam w stanie odebrać, zniszczyć, lub wymazać z pamięci. Byłem zauroczony.

A jakby na deser, przecudny , ognisto, czerwono ,błękitny w tysiącu odcieniach, z każdej strony świata inny zachód słońca.   Coś pięknego. W nocy natomiast, po małej drzemce, obudził mnie zaglądając wprost do kokpitu, księżyc, który nadal jeszcze odwrócony, miał uśmiechniętą od ucha do ucha poświatę. A jako, że płynę na północ, to zobaczyłem go leżąc w kokpicie jak tylko otworzyłem oczy.

Cały ten dzień był chyba wynagrodzeniem trudów dni poprzednich, gdzie momentami byłem wdzięczny, że odpływając z Fernando De Noronha oddałem w objęcia lub w mordę Neptuna cały alkohol z jachtu, bo w niektórych sytuacjach o suchej mordzie by się chyba nie skończyło.

O przepraszam -wiozę butelkę szampana na specjalną okazję, ale ta jeszcze nie nadeszła, jak wszystko pójdzie dobrze, zostanie ze mną do Polski.

Tak więc drodzy Państwo, pamiętajcie, że jak coś się wali i pali, nic nie idzie, macie już dość – to natura nie znosi próżni i wcześniej czy później to wyrówna. I tak samo mam nadzieję będzie wkrótce z tą piekielną strefą ciszy.

Pozdrawiam, znów w świetnym humorze – Seba

AKC!

14 październik – dzień 27, 0645

Siedzę a właściwie leżę w kokpicie, zbudzony godzinę temu ,gdy ciepłe i ożywcze promienie słońca rozgrzały moje powieki i dość mocno je rozświetliły. Spałem łącznie z 6 godzin, co na ostatnie czasy jest dość dobrym wynikiem. Może to działanie uspakające kakao, którego ponad półlitrowy kubek skonsumowałem przed snem. Snuję się całe 1.5 – 2 knt, ale na żaglach a w zasadzie samej gieni, oczekując na zapowiadane uderzenie szkwału o sile 10B z południa. Nic co prawda tego nie zapowiada, ale wczoraj w nocy również prawie bez zapowiedzi było przez prawie godzinę 6-7 B. Oststnie dni to piłowanie silnika, bo wiatru zero. Ale ponieważ dość mocno uszczupliło to nasze zapasy paliwa, muszę być już ostrożny i zostawić rezerwę na ładowanie akumulatorów i wejście do portu. Więc żegluga. Fala zmalała, więc nawet przy wietrze 1-2B się da. Wolno ,ale czy mnie się spieszy? Wodę mam, jedzenia tyle, że wykarmiłbym stado uchodźców.

Oczywiście wczoraj znów spektakle rybich popisów, wraz z polowaniami ptaków. Najśmieszniejszy był taki mały brzdąc, co to nerwowo raz po raz walił głową w wodę, ale chyba przez godzinę nie wyszedł z tego zwycięsko i o pustym brzuszku poleciał na inne łowiska.

Apropos łowisk, to dziś spróbuję zapolować i zdobyć pożywienie dla całej załogi. Mam ochotę na tuńczyka. Może wynika to z tego, że wczoraj szykując rzeczy do prania, z jednej z kieszeni wyjąłem pałeczki do jedzenia i tak mi się jakoś skojarzyło co z nimi zrobić. Sos sojowy jest, wasabi też, zresztą już wypróbowane na poprzednim etapie. Jak ryba będzie duża, to to co zostanie spróbuję ususzyć. A co tam.

1730

Więc – ponieważ byłem głodny, dałem sobie czas na złowienie pół godzinki. Stwierdziłem, że jak ryba nie weźmie to chowam sprzęt i robię burito, które jadł będę cały dzień, więc łowić bez sensu. W tym czasie były 3 brania, ale ryby się zrywały, prawdopodobnie z uwagi na żółwie tempo z jakim płynęła przynęta. Tak więc na śniadanie burito w tortilach (ostatnia paczka), na obiad z puree i buraczkami i na kolację znów w tortilach, jako że jutro do puree i buraków będzie fasola. Moczę ją ,bo chyba tak się robi, ale żeby nie zapomnieć, na mapie przykleiłem kartkę z informacją.

Ponieważ chciałem odpocząć po ostatnich dnia zrobiłem sobie dziś totalny dzień lenia. Książka, kąpiele (woda w Oceanie ma ponad 30st), locje Cabo Verde, jakieś tam książki nawigacyjne. Ale za to dziennik mam zrobiony godzina po godzinie. Pierwszy chyba raz w tym etapie. Tak kontemplując nad sobą, życiem i innymi górnolotnymi sprawami, siedziałem na burcie i w takt bujania jachtu moczyłem nogi w wodzie. Zastanawiałem się jak ten mały brzdąc chce coś upolować, skoro wszystko co widzę to 10 razy większe od niego. Przyglądałem mu się jaką niewdzięczną robotę ma próbując zdobyć pożywienie, a ponieważ walił już tym łebkiem w fale coraz bliżej mnie, poszedłem po suchary by mu coś rzucić. Wychodzę i patrzę a w wodzie jakieś 10m obok kocioł aż bulgocze, a mały siedzi na wodzie i tym łbem jak dzięcioł wali w taflę wody i nagle odlatuje. Lot w górę i znów pikuje w dół. I nagle EUREKA! On po prostu z tych dużych ryb odrywał im kawałki mięsa z grzbietu !! Widziałem doskonale bo ta ryba akurat podpłynęła bliżej jachtu i widziałem białe ślady z widocznym mięsem na grzbiecie!! To skurczybyk pomyślałem i wrzuciłem sucharki rybom.

Siedzę więc na zewnętrznej koi, smaruję panthenolem 4 litery, które dziś jakoś szybko się opaliły jak zrobiłem sobie drzemkę w hamaku i słucham jak rzucają się ryby. Zaraz wezmę książkę i skończę czytać o przygodach Naomi James w jej samotnym rejsie dookoła świata. A później sięgnę po coś lekkiego, pozbawionego tematyki żeglarskiej i pewnie udam się w objęcia Morfeusza.

Tak w sprawach technicznych, to staram się uciec spod działania prądu i kursem 330 wlekę się do przodu. Wiatr słabiutki 1-2B z ćwiartek wschodnich. W sumie gdyby nie to paliwo, to chyba bym pomknął dalej na Kanary.

15 października, niedziela, dzień 28

O 0200 zrzucałem genue ,bo wiatr ucichł a fala trzepała nią na wszystkie strony. Stanąłem w dryf bez żagli a prąd przenosił nas na północ więc poszedłem spać. Widoczność poniżej 200m.

O 0530 się obudziłem i pomimo, że niedziela i można by pospać, wziąłem się rutynowo za codzienne poranne czynności by płynąć dalej. Pomimo wiatru powiewającego z północy, Polonus nadal bez żagli dryfował właśnie w tym samym kierunku.Ponieważ baterie były na skraju rozładowania, odpaliłem Krabusia i przezdwie godziny mknęliśmy kursem 320 z prędkościami czasem ponad 4 węzły. W międzyczasie zaczęło się rozwiewać, więcpo 2 godzinach koniki stop, stawiamy żagle ( genua+bezan) i lecimy pchani wiatrem NE 2-3B, ale niestety pod falę, która czasami przychodzi dokładnie z północy. Ustawiam wszystko samosterownie i patrząc na naklejoną na mapie kartkę z napisem fasola idę robić śniadanie, obiad i kolację, czyli fasolkę po bretońsku, z tym że z wołowiną. Fasolka moczyła się od wczoraj. I to wystarczyło by sfermentowała !!!a taką miałem ochotę. Tak więc decyzja pada na godzinne łowienie, jeśli nic nie będzie to naleśniki. Więc były z dżemem malinowym i jeżynowym, oraz cukrem. W międzyczasie za burtę poleciało resztę jajek, zostało mi chyba 6 sztuk. I tak generalnie minął dzień. Jacht sam płynął bajdewindem do 1630. Później wiatr zaczął kręcić więc zrzuciłem bezan ,a po tym jak ustabilizował się na wschodni pięknym baksztagiem płynęliśmy dalej aż do zmroku. Przyjąłem taką zasadę, że jak się kładę spać, to żeby skały …. refuję genuę do jakiejś 1/3 by spokojnie przespać parę godzin. Tak zrobiłem, zjadłem kolację, naszykowałem kakao i czytam książkę. Nagle słyszę gdzieś chyba z południa wiatr. Pięknie myślę sobie, w takim razie spanie odłożymy na później i może uda nam się nadrobić parę mil, bo wraz z zachodem słońca, spać possedł również wiatr. W ostatniej chwili usłyszałem też deszcz, ale już nie zdążyłem nawet koi złożyć. Przywaliła piąteczka, potrzymała, deszcz napełnił wiaderko wodą i tak jak przyszło tak umilkło. Więc znów stoję w dryfie z genuą wybraną na prawej burcie i to pozwala nam się nie cofać, ani nie zbaczać w ćwiartki wschodnie. A ponieważ stamtąd ma wiać, więc wnocy czeka mnie jakiś zwrot, ale póki co odwracam materac i koc na suche strony i spróbuję usnąć. Jak od rana nie będzie wiało, to znów w misji ładowania baterii popędzimy za osłonę wysp, by skryć się przed prądami.

Do Mindelo na wyspie Sao Vicente ,do jedynej mariny w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka 480 mil. Jak wszysko dobrze pójdzie to będzie to moja 5 wizyta. Jak ten czas leci.

 

16 październik, dzień 29

Wcxorajszy dzień, nie skończł się tak beztrosko z książeczką wkoi jak zaplanowałem. Skończył się dziś około trzeciej, czyli trzy godziny przed pobudką. Były szkwały i Polonus za żadne skarby nie chciał zostać sam, przerzucając żagle z prawa na lewo. Później nskutek otwartej zejściówki, mieliśmy środku dużo wody, później postanowił że zepsuje linkę stalową od steru głównego, a po tym wszyskim na siłę chciał mnie wyrzucić za burtę ,tańcząc oberka na martwej fali ! Co to była za noc ! Położyłem się spać zmęczony i przemoczony do cna. Spałem do 0600, tylko raz budząc się wystraszony jakby coś się stało. Wyszedłem i zobaczyłem jak niedaleko nas przechodzi statek .Dopiero jak byłe na górze do moich uszu zaczął docierać dźwięk sygnału alarmowego, ustawionego tak, by godzinę wcześniej sygnalizował zbliżenie się do innej jednostki na odległość mniejszą niż 2 mile. Więc przespałem prawie godzinę alarmu!!

Wstałem o 0600 przyrzekając sobie, że muszę znów odespać zaległości. Poprzednim razem jak byłem tak zmęczony, obudziłem się w koi z pudełkiem, w którym często robię ciepłe posiłki na wachtę. Zacząłem się zastanawiać skąd się tu wzięło pudełko z ryżem??

– No nic, widocznie byłem głodny i już nie dałem rady zjeść, bo padłem.

I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dwie rzecz. Po pierwsze primo, tego dnia nie robiłem nic do jedzenia pudełkach, po drugie pmo, faktycznie w pudełku był ryż, alez dodatkiem telefonu, który próbowałem w nim osuszyć. Straszne :-)

Tak więc dziś wstałem, przyrzekałem i zapuściłem Krabusia ,by przez 4 godziny pomknąć w kierunku 25W, gdzie nie ma prądów, oraz w poszukiwaniu wiatru. I faktycznie, prądów nie ma, ale wiatru również nie znalazłem. Więc z uwagi na deficyt paliwa, oostanowiłem czekać na jutrzejszy wschodni zefirek. A że fala mała, to i pranie zrobiłem, sprzątnąłem jacht, ugotowałem obiad, poczytałem, kilka razy się schłodziłem wodą morską o temperaturze 31stopni. Zarzuciłem również żyłkę kalmarem i po raz pierwszy chciałem by to co holowałem się zerwało. Była to chyba dorada, ale wielkością dwa razy taka jak złowiłem ostatnio, a którą ledwo w trójkę zdołaliśmy pożreć. Co ja nią zrobię myślałem, jednocześnie dając jej dużonswobody przy holowaniu. Skakała do góry, wpływała pod jacht, aż końcu przy burcie wzięła się i …. zerwała. Uffff odetchnąłem z ulgą.

Tak więc z ryby nici, ale parę pożytecznyc rzeczy zrobiłem ,a o 1600 lekko dmuchnęło ze wschodu i delikatnie przesunęło nas o 5 mil na północ. Teraz znów stoimy, i jak to śpiewaliśmy z polskimi marynarzami Niteroi : CZEKAM NA WIATR CO PRZEGONI…!!!

Ma być o 0900 UTC czyli 0700. Czy ja już pisałem, że sobie w końc skróciłem dzień o godzinkę?? Nie?? To dziś skracam o kolejną !!!

Dobranoc się z Państwem.

 

17 październik, 30 dzień samotności

Samotność- czy ten rejs można nazwać samotnym Czy większość rejsów tak nazywanych – bez znaczenia czy też jest to trasa Węgorzewo-Mikołajki, opłynięcie świata, czy też skupiające moją uwagę przepłynięcie Atlantyku można nazwać rejsami samotnymi? Aby nie wkładać za bardzo kija w mrowisko i nie robić sobie niepotrzebnie przeciwników, uwagę moją skoncentruję ( jak ja nie lubię słowa : skupię ) na tym właśnie rejsie.

Generalnie niezaprzeczalnym jest fakt, iż płynę sam, nikogo oprócz Kowalskiego nie ma ze mną na jachcie. Nie znaczy to oczywiście, że nie mam z kim porozmawiać. I nie chodzi mi o rozmowy telefoniczne, tudzież treści pisane, ale tak po prostu o te rozmowy paszczowe. Czasem prowadzę rozmowę …..wróć. Czasem prowadzę monolog z Kowalskim, lub dyktafonem. Co to dyktafon każdy wie – Kowalskiego nie każdy zna. Mowa o Kowalskim z pingwinów z Madagaskaru, który towarzyszy mi już w kolejnej podróży, jako maskotka ,którą otrzymałem od syna. Jest naprawdę wiernym słuchaczem, nie zdarza mu się przerywać (jak np dyktafonowi, gdy skończą mu się baterie), ani tym bardziej polemizować. I to nie ukrywam mi się podoba, bo jak podejmuję polemikę i rozważania, to tylko sam ze sobą. Tak więc wiemy już, że paszczowo rozmawiać mam z kim, co powoduje już pierwsze weto dla rejsu samotnego.

Idźmy dalej. Praktycznie codziennie, dzięki korespondencji email, piszę z kimś bliskim. Obecność tej osoby tu na jachcie wyczuwam praktycznie w dość niesamowity sposób. Czasem zdarza mi się spoglądając np na zwinięty śpiwór, być cicho by jej nie obudzić, gdyż śpi po wachcie. Albo np. spoglądając na koc który leży w kokpicie, pomyśleć, że to Ona tam siedzi. Na początku zdarzało mi się Ją zawołać, gdy byłem za sterem i chciałem poprosić np o kawę. Więc kolejne weto dla rejsu samotnego, skoro wyczuwam obecność drugiej osoby.

Sms-y pisane z innymi, to także forma dialogu, więc również powodują, że się samotnym nie jest. Wymiana zdań, czasem sprzeczka i trafne rzucenie mięsem, powodują, że nie jesteśmy w stanie być samotni.

W dobie intrnetu i telefonów satelitarnych, tak naprawdę tylko i wyłącznie – albo aż – ogranicza nas budżet, którym dysponujemy a tym samym zakres w jakim dostępne mamy informacje. I choć taki rejs jak ten ma ten budżet dość ograniczony, to myślę, że wielkie przedsięwzięcia typu regaty okołoziemskie dysponują taką kasą, że tam człowiek nawet przez chwilę nie czuje jakby był zdala od cywilizacji. Mam na myśli oczywiście dostęp do skype czy inny komunikatorów pozwalających rozmawiać z obrazem wyświetlanym w technologii 3D. Jedyne ograniczenie chyba jeszcze to fizyczny dotyk. Czy więc to są samotne   regaty?

Ale dobrze, miało być o mnie. Tak więc ja w ogóle samotny się nie czuje. Brakuje mi oczywiście takiego obrazu 3D niektórych osób a także opcji typu dotyk. Natomiast mentalnie nie czuję by był to samotny rejs. Oczywiście receptory w głowie pracują inaczej, dużo myślę, piszę, nagrywam. Mam masę projekcji przed oczami ,gdy kładę się do snu, lub zapadam w drzemkę. Więcej rozmyślam, kalkuluję. Podejmuję ważne życiowe decyzje, ale samotny się w żaden sposób nie czuję. Bardziej jak np jakiś mnich w klasztorze, którym ma kawałek przestrzeni tylko i wyłącznie dla siebie, gdzie może kontemplować, myśleć, tworzyć i nie wolno mu wyjść z pomieszczenia, bo z automatu wyleci z klasztoru. To jak tu na Oceanie.

Oczywiście jest na pewno wiele osób, podróżujących bez nowinek typu telefony satelitarne czy inne wynalazki. Ja podałem spostrzeżenia tylko na przykładzie siebie samego.

Podobała mi się bardzo forma, może funkcjonuje to do dzisiaj, gdy ludzie opływali ziemię, a do kolejnyc portów gdzie mieli się zatrzymać wysłano listy, paczki i inne rzeczy. LISTY !!!   Kto z Was ostatnio napisał list? Taki zwykły na kartce papieru, do spakowania i wysłania w kopercie ??

Ja napisałem, czeka na wysyłkę z najbliższego portu :-)

Tak więc jak nazwać pływanie samemu? Może rejsem jednoosobowym? Ale to tak nie romantycznie….

10 minut później

Ale ja bredzę, tego nie wolno Ci Seba wysłać, bo na kei będą czekali smutni panowie z takim śpiworkiem, co ma rączki jakoś tak do tyłu !!! Samotne, nie samotne, ale to 30 dni lekko wyryły umysł.

19 październik, dzień 32

Jak widać całkiem niezamierzenie śrubuję swój „rekord” w rejsie non stop. Ostatnio licznik zatrzymał się po zawinięciu do portu w Urugwaju na 34 dniach. Tu mamy 32 i nic nie zapowiada byśmy za 2 dni byli w porcie. Przez ostatnie 2 dni, w sumie godne odnotowania są dwie rzeczy.

Pierwsza to taka, że dziś w nocy weszliśmy w zasięg passatu północnego, który jak na razie uprzykrza nam żeglugę wysoką falą z północnego wschodu, podczas gdy wiatr wieje z północ północny wschód. Przy sile wiatru 2-3B żegluga na wschód je cudem. Ale tym się nie przyjmujemy i jutro polecieć spróbujemy na północ. Dziś bawiłem się z żaglami, tak by optymalnie wykombinować najlepszy zestaw. I oczywiście po wszystkim się okazało, że pierwszy na którym płynąłem był najdoskonalszy. Ale co zabawa to zabawa. Już dawno w tak krótkim czasie nie zmieniałem, refowałem, stawiałem i zrzucałem wszystkich żagli po kolei.

Druga warta odnotowania rzecz to to, że przez 2 dni po kilka godzin (3-5) miałem sztormowe wiatry o sile od 8-9B. Oczywiście bez zapowiedzi, znienacka, sam nie wiem skąd się wylęgły. Przedwczoraj wstałem jak zwykle rano, wstawiłem wodę na kawę i herbatę i widząc ,że kompletnie nic się nie klaruje ,by wiatr ,który wiał ze wschodu z siłą 2-3 B miał nagle stężeć, rozwinąłem genuę i postawiłem bezan. Myjąc zęby wyszedłem na pokład zastanawiając się nad dostawieniem grota. Nic to, pomyślałem. Zjem śniadanie i pomyślimy. I tak zrobiłem wyjątek, robiąc cokolwiek z żaglami, zanim coś zjadłem. Woda się zagotowała, zalałem dwa kubki wrzątkiem, usiadłem uzupełnić dziennik, i wiadomo……słyszę, że idzie szkwał. Wychodzę na górę, patrzę nalewo a tam ciemno, a podstawa mur sięga stalowej wody Oceanu, na tle której wyróżniają się idące wprost nanas białe grzywacze. Małe bo małe,ale widać, że jest moc. Zarefowałem genuę do połowy, zdążyłem założyć bluzę i je&$%o.

Deszcz padał poziomo, nie widziałem własnego dziobu, tzn dziobu Polonusa, a wiatromierz zaczął przyspieszać, ostatecznie podczas pierwszego naporu zatrzymał się na 35 węzłach. Szybkie refowanie genuy, tym razem do 1/3 powierzchni i już przy samym końcu refowania, wzmaga się ponownie wiatr. Generalnie trzymał ponad 3 godziny. Podstawa nie spadała poniżej 34 węzłów. Ile było najwięcej nie wiem, widziałem tylko raz 41. Ale jakby nie wiatr jest bohaterem tego odcinka, a fale.

Fale w bardzo krótkim czasie wybudowały się do wysokości ponad 4-5? metrów !! Oczywiście z całym bezanem najłatwiej było uciekać z wiatrem i falą. I nadal wszystko byłoby ok i nic nadzwyczajnego by się nie działo. Tylko nagle jedna z tych fal załamała się przy rufie i z wściekłością furiata i pianą na pysku wpadła do ….. pontonu, który wisi na bramie zamocowanej do rufy jachtu. I wiecie co? Podłoga pontonu wytrzymała ( pewnie to zasługa tego, że ją wymieniłem w Rio, oraz zasługa Ani, która ją malowała i dobrze zabezpieczyła :-) ), natomiast wyrwało elementy konstrukcyjne, naktóryc wisiał ponton. 2 pantografy musiały uznać wyższość natury. Prowizorycznie zabezpieczyłem te elementy i ponton, tak by go nie zgubić do najbliższego portu i jedziemy dalej. Zabezpieczając wyrwane „pantografy” z pontonu, zobaczyłem, że nie ma wnim wody zadużo. Tak więc wydaje mi się, żefala nie wpadła do niego bezpośrednio, tylko załamując się trafiła w jego burtę, od strony jachtu, tuż przy elementac bramy.

Tak więc czeka mnie spawanie.

Poza tym spokój, dziś zrobiliśmy trasę w poprzek by nabrać trocę wysokości, czyli się nie liczy.

Pochłaniam kolejne książki, choć dziś ciężko było Poldka zostawić samego, więc praktycznie 10 godzin na tyłku za sterem. Teraz czas na korektę, bo spadamy na południe i lektura w koi.

 

21 października, dzień 34 !

Tak więc zgodnie z przewidywaniami, śrubuję swój najdłuższy rejs non stop.

Z tym, że po raz pierwszy czuję się tak, że jestem zupełnie sam. Nie samotny a sam.

Przemierzam Ocean, mając przedziwne poczucie wolności, które sprawia gdzieś podświadomie, że nie chcę zawijać do portu !!

Czuję się jakby częścią Oceanu, mając tu swój własny świat. Swoje niebo, swoje gwiazdy, słońce i księżyc. Codzień jakby na wyciągnięcie ręki. Nic nie muszę, sam reguluję czas i wyznaczam obowiązki. Czas jest dla mnie.

Dni są takie same, tak jakby nie było innego określenia na wczoraj, jutro czy dziś. Mam aż nadto czasu dla siebie i dzięki temu mogę na nowo odkrywać karty swojego życia. Czy to właśnie jest każdemu z nas tak potrzebne jak woda do życia – poczucie wolności? Decydowanie samemu za siebie. Bez zawiści i rzucania kłód pod nogi. Bez ciągłego pośpiechu i życia pod dyktando innych. Bez konieczności odmierzania czasu – godzin, dni, miesięcy. Bez zastanawiania się co pomyślą inni, jak ocenią. Nikomu nic nie muszę udawadniać, a zwłaszcza samemu sobie. Jestem sobą, jestem wolny, czuję się świetnie…

A ze spraw bardziej przyziemnych, to od trzech dni mamy pasażera na gapę. To petrel, brązowy. W nocy śpi na pontonie i obsrywa go namiętnie, a w dzień kręci się wokół jachtu i poluje. Dziś zauważyłem, że się dość mocno obijał i co chwila zlatywał do bazy. Lecz zanim zdążył wrócić razu pewnego, przyleciał drugi – biały i podsiadł go na antenie od kompasu satelitarnego. Jaka była awantura, gdy zadomowiony już brązowy sublokator wrócił z łowów. Nawet śmiem stwierdzić, że po odgłosach jakie wydawał i jak stroszył pióra – to ptica, czyli ONA! Absolutnie jestem o tym przekonany. Ten nowy biały to oczywiście facet, więc dał się wykrzyczeć brązowej, po czym dziobnął ją w łepek, tak, że się zamknęła i teraz musi balansować na bramie, zamiast na wygodnej pidstawie anteny. A że ma kacze stopy a nie paluchy, to łatwo nie ma. Więc kołysze się z zamkniętymi oczami, ale za to już jest cicho. Biały to jest gość !

Zrzuciłem grot i dalej halsujemy w stronę Sao Antao na samej gieni. Nie zostawiam grota na noc, tak samo jak całej genuy.Jeden hals 110 drugi 330. Fala z NW czasem NNW. Masakra, ale ma siąść a od poniedziałku może nawet straszą wiatrem z E. Jakby nie było fali byłoby super, a tak też jest super, ale niespiesznie.

Idę po sałatkę, zasiądę za stołem przy świetle gwiazd i przeżuwając kolejne kęsy tuńczyka i ananasa, oddam się dalszym rozmyślaniom.

Aha !!! Ktoś mi ostatnio powiedział, że nie będzie ze mną grał w szachy ,bo nie umiem grać. Więc ogłaszam wszem i wobec, że udowadniam właśnie, że grać potrafię i co więcej – wygram tę partyjkę. Jakby nie było. Na razie wygrywam białymi, ale czarne zaczynają się odgrywać.

 

22 października, niedziela – pamiętaj aby dzień święty święcić

Obudziłem się o 0630 wyspany. Zauważyłem, że 6 godzin snu w zupełności mi wystarcza. Nie mam ochoty dosypiać, rzadko też ucinam sobie drzemkę w ciągu dnia. Śpię czujniej, ponieważ z uwagi na deficyt paliwa, oszczędzam prąd, a co za tym idzie nie włączam AIS. Myślałem, że jestem dość daleko od toru statków, jednak przedwczorajszej nocy, dwa mnie obudziły, gdy przechodziły około 2 mil po prawej burcie. Wyraźnie je było również słychać, a przede wszystkim wiejący z tej samej strony wiatr, wpychał w nozdrza zapach spalin. Oczywiście to 6 godzin jest postrzępione na mniejsze kawałki, ale teraz wystarcza.

Dziś skończyło się paliwo w 100 litrowym zbiorniku nr 2. Wczoraj nie ,mogąc usnąć, przypomniałem sobie o zbiorniku do zasilania Webasto, który ma pojemność 50 litrów i a jakże zalany jest ropą. Cały czas słyszałem, że z tego zbiornika się nie da zasilić silnika, bo węże za cienkie, zawory za małe itp. W każdym bądź razie w nocy przygotowałem się na wszelkie okoliczności, włącznie z rozebraniem szafki, tak by mieć dostęp do dna zbiornika, oraz by w razie czego przepiąć węże na grubsze i podpiąć go pod inne zawory. Miód malina. Gdy dziś podczas ładowania akumulatorów skończyło się paliwo w zbiorniku 100 litrowym, przełączyłem n za mały zawór, by tym zbyt cienkim wężem paliwo spłynęło do silnika. Silnik zgasł. Odpowietrzyłem cały układ i po całej operacji zaskoczył, popijając paliwo ze zbiornika dedykowanego dla Webasto. Tak więc dzięki temu,nadal 100 litrów w kanistrach na pokładzie stanowi nienaruszalną rezerwę. 50 litrów to 12 godzin pracy silnika, więc 6 dni doładowywania baterii. Pięknie.

Wczoraj zżarło mi coś kalmara i w ten sposób pozbyłem się najlepszej i najskuteczniejszej przynęty. Okazało się, że to z powodu rdzewiejącyc krętlików, które po szarpnięciu przez rybę się rozpadają. Tak więc muszę uzupełnić braki w pudełeczku na ryby,a dziś sam zrobiłem coś na podobiznę kalmara i moczę wraz z hakiem za burtą, czekając na efekty. Wszak na obiad nic nie robiłem, a śniadanie składało się z 6 sucharów i serków topionych.

Lenie śmierdzące i srające, dziś też świętują okupując bramę na rufie. Tylko raz ON poleciał polować, podczas gdy ONA siedzi od rana i zajmuje się skubaniem i układaniem piórek. Jak w naszym życiu normalnie !

Aby więc dzień święty święcic biorę się za nicnierobienie!

24 październik, wtorek

Wczoraj po raz pierwszy od dawien dawna ugotowałem zupę i po raz drugi w ciągu doby zrobiliśmy 72 mile. Szkoda tylko że do przodu tylko 20, a reszta to hals spadający. Za to zupa z groszku była całkiem znośna, a wieczorna jej odmiana pod postacią sosu, jeszcze lepsza.

Do naszej koloni na grzędzie dołączył trzeci ptak. A wiadomo jak głosi Harivansa :” siedziba bez ptaków, to niczym mięso bez przypraw”. Ten trzeci to chyba też ON ,bo za łby się biorą i piorą z drugin Ónym. Paniusia oczywiście nadal piórka czesze a tamci dwaj walczą o jej względy. Idioci!

Zauważyłem, że odkąd tak płyną na jachcie, to naprawdę sporadycznie lecą polować. Większość czasu spędzają siedząc na bramie jak na grzędzie. Ciekawe kiedy się wykwaterują. Specjalnie ich nie dokarmiam, by się za długo nie zasiedziały i nie przyzwyczaiły do dobrego polonusowego beztroskiego życia. No bo czym tu się stresować? Czy mi czegoś brak? Kogoś tak, ale nie czegoś. Wszak najbardziej przydatną umiejętnością jest nie pragnąć wiele.

Przedwczoraj w nocy oczywiście jak mówiłem tak zrobiłem. Wygrałem partyjkę szachów w ramach pierwszego turnieju Polonus Atlantyk Kap 2017! Białe górą, od wczoraj trwa zażarty rewanż i dziś znów jestem górą bo strąciłem królową! Białą zresztą.

Dzisiejszej minionej nocy, nie zrzucałem żagli, z tym że tym razem spałem w mesie. Podczas jednego z wyjść na pokład zauważyłem 3 mile od siebie świecącą się choinkę. AIS nie mieli, ale po chwili rozpoznałem rybaków a układ ledwo dostrzegalnych świateł wskazywał, że przejdą za rufą, więc spokojnie poszedłem spać dalej.

Jeśli chodzi o światełka, to nie mniej atrakcji miałem na niebie. Co jakąś godzinę pojawiały się migające obiekty, błyskając na przemian światłem białym po bokach i czerwonym z przodu, patrząc w kierunku lotu. Samolot to nie był, leciało toto nisko, a później zawracało i leciało w stronę wysp. Conto było nie mam pojęcia, lornetka też nie pomogła. Jakaś obca cywilizacja może?

Dziś dzień mleczny więc na pierwsze śniadanie był budyń. Kupiliśmy dwa na próbę w Rio, a ponieważ nie spróbowaliśmy, na drogę zostały się tylko te dwa. Waniliowy dobry i nawet nie słodki, co każe mi sądzić, że to był chyba jakiś importowany. Dodałem łyżkę dżemu i prawie jak z soczkiem zjadłem całe pół litra. Jutro spróbujemy czekoladowego.

A dla ciała była dziś kąpiel w słodkiej wodzie. I to bez trzymanki z pełną perwersyjną rozpustą – 10 litrów !!!

Tak więc dziś cały dzień szliśmy kursem 320, zmniejszając tym samym dystans do Cabo Verde, osiągając pierwszą magiczną granicę poniżej 300 mil. Ponieważ wiatr odwrócił po południu na NNE, o 1815 – 60 mil na zachód od południka Sao Antao, położyłem jacht na kurs 090 i mam nadzieję, że utrzymamy kurs zbliżony do wschodniego a co za tym idzie nie stracimy za bardzo z odległości do wysp.

A dla duszy była kolejna seria przemyśleń, dziś temat : dlaczego niektórzy mają aż tak wysoki poziom własnego EGO? Ale to pozostawiam wraz z przykładami i wnioskami tylko na stronach dla użytku własnego.

 

25 październik, dzień 38

Siedzę w kokpicie, obserwując zachodzące za rufą słońce, a z wnętrza jachtu, wydobywa się zapach domu. Upieczony przed chwilą chleb stygnie owinięty w bawełnianą ściereczkę. Myślę, że po kolacji w ramach deseru, odkroję pajdę z chrupiącą skórką i zjem z dżemem popijając gorącą herbatą, która rozgrzeje mnie i ułatwi zaśnięcie.

Z tą herbatą to było tak, że z premedytacją nie kupiliśmy jej wcale, ponieważ jak już chyba wspomniałem nie nadawała się do picia. Jedyny zapas ,który mieliśmy, otrzymaliśmy od marynarzy z którymi również z niejednego pieca chleb jedliśmy. To co w Rio nie smakowało, tu na oceanie, przybrało wręcz formę luksusu. Tak więc piję herbatę codziennie i nie wyobrażam sobie by jej brakło. Jest naprawdę bardzo dobra.

W oczekiwaniu na chleb, siedziałem z wędką na półpokładzie i próbowałem łowić. 3 brania, trzy zrywki. Wiem już że garoopa nie lubi kalmarów. Woli małe rybki i fasolę. Natomiast dorady zjadają kalmary i nie ma znaczenia jakiej wielkości byle były flexible. Jak mają przypon, to omijają z daleka. Podobnie jak tuńczyk, który chwycił na glizdopodobną przynętę. Ale tylko raz. Od tamtej pory omija ją szerokim łukiem. Zauważyłem, że jak jest gorąco i nie ma wiatru, ryby siedzą głębiej i nie chce im się żerować. Jak z ludźmi. Ciepło to i tylko pić się chce.

Siedzę tak więc na tym moim tarasie, woda dookoła, łowię ryby i tak brak mi   jakiejś małej pociechy. Zazdroszczę parom, małżeństwom, które zdecydowały się porzucić wielkomiejskie życie i wraz z małymi brzdącami zwiedzają świat. Niektóre z tych dzieci nie znają nawet formuły domu w postaci budynku. Wszak ogromną zaletą domu na wodzie jest jego mobilność, a i korzyść taka, że jak sąsiedzi nie pasują to można zmienić otoczenie.

Czy można wyobrazić sobie lepsze łóżko niż to ulokowane pod gwiazdami? Spanie w hamaku na świeżym powietrzu to takie trochę spełnienie dziecięcych marzeń. Dokładając w środku kominek lub piecyk, możemy pozwolić sobie na żeglugę w chłodniejsze lub bardziej deszczowe rejony. Dodatkowo zapewni on niesamowitą atmosferę podczas postojów wieczorową porą. Czy potrzeba mi więcej przestrzeni? Czy czegokolwiek mi brak? Jeśli miałbym odpowiedni zapas paliwa, prawdopodobnie ominął bym Wyspy Zielonego Przylądka. Wszak parę dni to i tak zbyt krótki okres by podziwiać ich urok i odświerzyć wszystkie znajomości. I zostały mi tylko dwie ,których nie zwiedzałem.

Ale prawda jest taka, że już mi brakuje towarzystwa. Nie jakiegoś hałasu, zgiełku czy imprezy. Tak po prostu rozmowy z ludźmi. Zwykłego beztroskiego pogadania o dupie Maryni i mniej lub bardziej poważnych tematach. Choćbym nie wiadomo jaki posiłek przygotował, jak wykwintne dania zaserwował to i tak jedzony samemu nie dorówna zwykłej kanapce ,którą ciałbym zjeść w dobrym towarzystwie. Być może właśnie dlatego większe znaczenie ma dla mnie to ,nie przy czym a z kim zjem pierwszy posiłek jak dopłynę szczęśliwie do celu.

A cel zbliża się powoli. Powiewa z północy, ale tak słabo i przy okazji mamy wredną falkę, że idziemy kursem 120. Mógłbym stojąc za sterem wyciskając poty, utrzymywać może 10-15 stopni ostrzej. Natomiast prawdę powiedziawszy, wybieram większy komfort w zamian za prędkość, lub trochę lepszy kurs. Może właśnie to lenistwo i luzackie podejście utrwalone podczas czterech wspaniałych miesięcy spędzonych w Rio zabiło we mnie ducha rywalizacji i podejmowania jakichkolwiek prób robienia czegoś na czas. Nie chce mi się. Maniana.

Zaczyna tężeć wiatr ,więc uciekam zrobić korektę z żaglami.

Acha…dziś w ramach porządkowania filmów, obejrzałem obrazki z powrotu przez Dreake Passage z Marcinem (yigaelem) i Tomkiem (sajmonem), podczas sławnego powrotu z Antarktyki. Chłopaki – nigdy Wam tego nie zapomnę! ŻADEN TŁUM NIE DOTARŁ NIGDY NA NASZ SZCZYT !! Dzięki – gdybyście Wy wtedy też zsiedli to miałbym chociaż rozgrzewkę przez Atlantykiem solo :-)

29 październik, niedziela, dzień 42

Lecą te i nieubłagalnie, ale w sumie jeden podobny do drugiego. Gdyby nie dziennik, to oczywiście nie byłoby jak się połapać w datach, nie mówiąc o dniu tygodnia. Dziś psikus jakiś spowodował, że w tablecie i komputerze cofnął się zegar o godzinę. I gdyby nie to, że mam jeszcze zegarek ze wskazówkami, w życiu bym się nie połapał. Czemu tak się stało? Nie mam pojęcia, bynajmniej jes to dla mnie zastanawiające. Później komputer odmówił mi współpracy z GPS. Widać go w systemie, wszystko ok, ale OpenCpn nie podaje pozycji i zacowuje się jakby Holuxa nie było. To samo jest na drugim komputerze. Cóż, da się i bez GPS więc suniemy dalej. Przekroczyliśmy kolejną magiczną granicę mniej niż 200 , więc zacząłem sprzątać ponownie jacht. Jak dopłyniemy do portu, nie będę miał obaw, by przyjąć gości, jeśli się zapowiedzą. A towarzysko nie powiem ,mam ochotę się poudzielać i pogadać w koń z kimś innym.

Przedwczoraj, odwiedziło mnie stado około 50 sztuk ssaków, przypominających orki. Nie mam pojęcia czy to były faktycznie one, ale ulokowały się po nawietrznej i z 15 minut co cwilę się wynurzały ukazując nad wodą ogromne pyski i płetwy grzbietowe. Mam zdjęcia, więc później je zidentyfikuję.

Przez wrodzoną skromność nie przyznam się, że przedwczoraj udało mi się upiec najlepszy jak dotád chleb w życiu. I nie to ,że na jaccie. Po prostu w ogóle. Skończyłem jeść go dziś i nasdal smakował jak przedwczoraj! Cała tajemnica oczywiście tkwi tylko i wyłącznie w sposobie prztyrządzenia ciasta, nwtomiast składniki pozostają bez zmian od początku, gdy nazywałem go chlebem z patelni. Teraz robi się w garnku, bo wyrasta 4 zy większy, pulchniejszy, pachną, wilgotny – po prostu MEGA. Chyba już skończyłem z kupowaniem chleba.

Szkoda, że do chleba tak mało mam, bo jedynie dżem, serki topione i by w puszkach. Ale przecież nawet najprostsze potrawy w takich okolicznościac przyrody smakują wyśmienicie. A dziś dla urozmaicenia był chleb ze smażoną cebulą. Mniam.

Wczoraj również po raz pierwszy od 40 dni ,podano kurczaka Curry ,którego jadłem cały dzień. Porcja to 3 posiłki, i naprawdę zastanawiałem się jak ja to zmieściłem. Ostanio zauważyłem, że dużo mniej jem.

Nie mogąc wczoraj spać, zrobiłem porządek w mapach, segregując je w sposób taki, by odszukanie mapy np. Wysp Kanaryjskich nie wiązało się z przerzuceniem wszystkich ponad 120 map papierowych.

Dziś chodzę niewyspany. Wstałem przed 0600, a położyłem się po 0200. Później pilnowałem statku idącego kursem w stronę Ameryki. W dzień zabawa w zwroty, stawianie i opuszczanie żagli, praca jak na Mazurach. Płynę teraz kursem na wschód, czyli pomiędzy 090-120stopni by zbliżyć się do południka Sao Vicente. „Cień” wyspy Fogo, wraz z obszarem bezwietrznym przesuwa się na północ, więc by trochę pożeglować i odpocząć od łopotu żagli, które nagle straciły wiatr, kieruję się właśnie w stronę wiatru.

Aha… Sublokatorów mam już sześciu. Kłócą się o miejsca niesamowicie. Ale jeszcze się mieszczą, choć dwójka już mieszka w pontonie, schowana przed wiatrem. I jak te obesrańce miałbym wygonić?

 

30 październik, poniedziałek,dzień 43 , godzina 2240 czasu jachtowego

Przyjąłem zasadę, że nie jem po 1800. Czasem na wachcie jakiś suchar, lub tekturowe pieczywo a’la wasa. I generalnie twardy jestem, więc zasad ostatnio się trzymam.

Dziś wieczorem upiekłem chleb, by na jutro już był „wystygnięty” do śniadania.

– Seba: wysygł trochę więc odkroję dupkę,

– Głos: miałeś nie jeść po 1800 a jest 2200 !

– Seba: jedna dupka nikomu nie zaszkodziła, nawet na noc,

– Głos: ok, jedna malutka i wara od chleba

– Seba: hmm, dobra, skórka ładnie chrupie, ale mało coś samego chleba, spróbuję jedną kromkę bardziej ze środka,

– Głos: miała być dupka a nie kanapka!!!

– Seba: dobra, otworzę dżem truskawkowy za którym nie przepadam, to nie podkusi mnie na więcej.

3 minuty później odkrawając trzecią kromkę :

– Głos: miała być tylko jedna !!!!!! Wara od ……

– Seba: Chrzań się !!!!

Efekt nastąpił taki, że pomniejszyłem moje zapasy żywności o pół ciepłego chleba i połowę słoika dżemu truskawkowego, za którym nie przepadam.

O wietrze i pogodzie nie ma co wspominać. Uznajmy, że jedyną rzeczą wartą odnotowania jest to, iż zmniejsza nam się w linii prostej dystans do Wysp Zielonego Przylądka.

6 listopad, dzień 50

Taki mały jubileusz, a co za tym idzie, dziś po raz pierwszy odkąd wyruszyłem z Fernando de Noronha, zobaczyłem jachty. I to od razu dwa. Płynęły od wysp na zachód, czyli mierzyć się z Atlantykiem, by podróż swą skończyć gdzieś na Karaibach. Ostatnie noce za wyjątkiem wczorajszej, dzięki księżycowi w pełni są tak jasne, że bez trudu można obserwować wszystko co się dzieje wokoło. A że nie dzieje się nic niezwykłego, to i nie ma na co patrzeć. Uzupełniłem do końca paliwo, którego starczy mi na jakieś 18 godzin pracy silnika. Tak więc, gdy zbliżę się na odległość 30 mil do celu, i zabraknie wiatru to odpalę Krabusia. Jak na razie tylko czasami go zaprzęgam do pracy, wszak nie za bardzo lubię sport motorowodny.

7 listopad, dzien 51

38 mil do Mindelo. Tak blisko i tak daleko. Klnę siebie na czym świat stoi,że nie dotankowałem paliwa na Fernando De Noronha. Mam jeszcze ok. 42 litry i teoretycznie gdybym poszedł na silniku, to teoretycznie mi starczy. Ale przed wyspami pojawił się przeciwny prąd, fala oczywiście zniknęła ta idąca wraz z passatem, ale pojawiła się w mordę falunia spomiędzy Sao Antao a Sao Vicente !! Jak zwykle. Generalnie Ocean mnie nie puszcza. Dziś półtorej godziny walczyłem z naprawą steru. Prowizorka zrobiona w warunkach morskich starczyła na długo, lecz dziś wymagała poprawy, więc przez ten czas pływaliśmy w kółko. Oczywiście kiedy spadł i splątał się sterociąg? Jak się zrobiło ciemno i zaczęło coś wiać.

Ponieważ nie spałem całą noc, łapiąc dosłownie każdy podmuch wiatru by posuwać się do przodu (5 mil od 0000 do 0800), jak skończyłem naprawiać ster, postanowiłem coś zjeść i następnie się zdrzemnąć. Wiatr oczywiście zgasł, więc co mi pozostało. Ale żeby nie było tak pięknie, weryfikując z głową pod kołem sterowym, czy wszystko ładnie pracuje – usłyszałem głuchy trzask i oczom mym ukazał się przedarty na pół grot żagiel. No żesz k&$wa !!!

Tak więc ustawiam się na jakikolwiek kurs ( zaczyna wiać ), i rozwijam genuę, by łatwiej zrzucić grota. Będąc sam, oczywiście nie mam jak stanąć w linii wiatru. Luzuję mocno talię i powoli ściągam szmatę, bo tylko tak mogę nazwać to co zostało z żagla. W miejscu gdzie żagiel tzn szmata trzymała się tylko na liku przednim, żagiel przestał pracować ,więc na skutek bujnięcia na fali, bom prawie przeleciał na drugą burtę. Zareagowałem natychmiast i idąc szybkim żwawym krokiem wybrać talię, czuję bujnięcie i widzę jak bom z łoskotem pędzi na moją stronę. Ponieważ mam jakieś takie przczulenie, że jak jest postawiony grot to w zasięgu boma chodzę skulony, przelatuje 5 cm nad moją głową. I prawie obyło się bez strat.

Niestety, rozrywam zachacając o wantę skórę na stopie ,tej w której od kilku i mam stan zapalny, wraz z głęboką raną. Krew pseącza się przez bandaż, a ja po raz drugi w ciągu 2 dni z bólu dostaję siódme poty. W życiu nie wiedziałem, że można się spocić z bólu.

Teraz pod kawałkiem genuy idziemy kursem 015, który lekko oddala nas od celu. Ale na razie musi tak zostać. Jutro dostawię bezan i jak będą warunki zmienię grot. Teraz muszę się odrobinę zdrmnąć, a od jutra będziemy dalej kroczek po kroczku wspinać się do celu.

9 listopad, dzień kolejny

Wczoraj w najlepszym momencie miałem 23 mile do mariny. Później zerwał się wiatr o sile 5-6 B i jedyne co mogłem płynąć, biorąc poprawkę na falę i prąd to 000 lub 180. Bardzo dowcipne :-)

Z tym że na południe 4-5knt a na północ 2 knt. Więc wypartycypowałem, że popłynę na południe godzinę a jeśli wiatr utrzyma na sile zrobię zwrot i znajdę się za dwie godziny w tym samym miejscu, nie tracąc ni. Niestety poprzednie dwie nie przespane noce ( łącznie spałem 3 godziny ),dały znać o sobie. Pomimo, iż siedziałem obok steru, tam gdzie nie za wygodnie, nie byłem ubrany, by nie zrobiło mi się zbyt błogo cieplutko – usnąłem na 3 godziny !

Więc dziś odrabiam, 3 godziny snu, i 10 mil, a w warunkach które są jeszcze mi brakuje 9.5 , a jest 1800. Jedyny plus, to to , że założyłem drugi grot. Uchetałem się 3 godzinki na rozkołysie, ale możemy jechać troszkę ostrzej.

Znów mało jem a to co jem to już mi nie smakuje za bardzo. Po prostu mi się znudziło. A ryby nie chcą brać ostatnio. Kusza by się przydała.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Newsletter