Parę spraw technicznych – jak, kiedy i czym uratujemy Polonusa.

Są nas 4 osoby. Na Polonusa chcemy się dostać drogą lotniczą oczywiście, a mastępnie morską. Dokładne ustalenia trwają, więc na razie nie mogę i nie chcę wyprzedzać faktów. Plan jest taki, aby w ciągu 30 dni naprawić jacht – głównie tak by nie nabierał wody – elektronikę i jej podłączenia oraz naprawę napędu zostawimy na później – jak wystarczy nam czasu. Jeżeli nie, zrobię to w czasie kolejnego postoju. Priorytetem jest bezpieczne – czytaj suche – przepłynięcie jednego z najniebezpieczniejszych akwenów.

Koncepcji na ściągnięcie jachtu na wodę jest kilka. Pierwsza, to zbudowanie stojaka na którym będziemy go naprawiać, przetoczenie Polonusa na wodę i oczekiwanie na przypływ (muszę kupić tabele pływów na bieżący rok). Plan B to budowa sań i ściągnięcie Poldka na burcie – tak jak był wyciągany na brzeg tuż po wypadku. Pod sanie można też nawieźć śnieg (jeśli będzie) i w ten sposób ułatwić jego przejażdżkę do wód Zatoki Admiralicji. Plan C też się krystalizuje dzięki pomysłom kolegów. Oczywiście to wszystko jesteśmy w stanie zrobić, tylko i wyłącznie przy pomocy osób zaangażowanych w sprawę!

Jak już bezpiecznie będziemy bujać się na wodzie, wówczas Polonus wyruszy prawdopodobnie na północny zachód, by później odłożyć się w kierunku jednego z portów na kontynencie Ameryki Południowej. Być może niechcący, uda nam się minąć Horn, ale nie jest to oczywiście priorytetem. Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Po odstawieniu „ekipy ratunkowej” na ląd, tak by mogli wrócić szczęśliwi do domów na święta – zostanę na jachcie by skończyć pozostałe prace.

Później mam nadzieję, że z Waszą pomocą powolutku popłyniemy w stronę… No właśnie, tam gdzie nas wiatry zaniosą! Na Polonusie zostały znicze, które mieliśmy zapalić na grobie Shackletona, więc po co je wozić w te i wewte…?